Z moimi zakończeniami roku nigdy nie wiadomo jak będzie. Niektóre są pełne planów i tylko czekam, żeby stary rok już sobie poszedł, a niektóre, tak jak ten, wyglądają jakby nic się właściwie nie działo i jakbym stała w miejscu.

Przeglądam zdjęcia i wygląda na to, że to był rok robienia rzeczy po raz pierwszy:

  • Spróbowałam pływania kajakiem na wyjeździe integracyjnym (gonił nas też łabądź i wpieprzyliśmy się w krzaki razem z dwoma innymi kajakami bo był pościg).
  • Zostałam zabrana na żagle i zrozumiałam, że to nie jest takie samoobsługowe jak mi się wydawało. Dość powiedzieć, że w 2017 planujemy wybrać się na dłuższe żeglowanie ❤
  • W końcu poszłam na biegówki. Nie trwało to długo, wyglądałam cudownie żenująco walcząc z nartami i kijkami, ale miałam mega frajdę, przełamałam jakieś tam swoje ograniczenia bo wybrałam się sama, i chętnie spróbowałabym znowu.
  • Kilka razy w tym roku zostałam niejako zmuszona do stania na rękach (na pole dance i na crossficie). Nogi nad głową robią mi wodę z mózgu i nie wiem czy kiedykolwiek stanie na rękach będzie dla mnie czymś komfortowym, ale odbyłam walkę ze swoimi demonami i nie było to takie znowu najgorsze.
  • Pierwszy raz wzięliśmy kota z dziurą w boku i ta zaraza jest teraz najukochańszą mruczką ever.
  • Spróbowałam ramen i okazało się, że bez sensu się tak przed tym wzbraniałam. Uwielbiam, mogłabym jeść jako niedzielny rosołek. Szkoda tylko, że bulion w moim wykonaniu to przynajmniej 5 godzin 😄
  • Porwałam się na kurs koreańskiego i po 6 tygodniach potrafię coś tam przeliterować w Hangul.
  • Zrobiłam sobie słoik szczęścia, do którego przez cały rok wrzucałam zdjęcia z miłych momentów, drobiazgi z wyjazdów czy rzeczy, które kojarzą mi się z ludźmi. Pocztówka, kawałek liścia ze spaceru czy bilet z koncertu, wszystko ląduje w słoiku. Teraz można to wrzucić do woreczka foliowego, podpisać 2016 i zacząć od początku.
  • Bardzo rzetelnie używałam YNAB i udało mi się po roku walk z budżetem dojść do etapu, że jednak dwie wypłaty spotykają się ze sobą na koncie, a aplikacja twierdzi, że wiek pieniędzy to 54 dni.  
image

Byłam też w Budapeszcie, na Majorce, w Krakowie, w Wiśle, na Mazurach, w Amsterdamie, w Szwajcarii, w Warszawie i w Szklarskiej Porębie. Każdy z wyjazdów to mała historia. A ja, jak wiemy, mam straszliwą sklerozę, i nie pamiętam nawet co było tydzień temu. Więc.
W Wiśle jechałam wąską szutrową drogą w ciemności i miałam nogi jak z waty.
W Szwajcarii pomyliłam stację docelową pociągu ze stacją na której miałam wysiąść i zorientowałam się 5 stacji za daleko. Na odprawie bagażowej byłam 3 minuty przed zamknięciem.

To wszystko wygląda jakbym głównie robiła miłe rzeczy, jadła dobre rzeczy, wyjeżdżała i jakby wszystko mi się udawało. Tak byłoby idealnie, ale przecież w życiu nie może być zbyt łatwo i jak się raz udało to nie znaczy, że drugi raz się nie przewrócisz na motocyklu na tym cholernym slalomie. Poza dobrymi rzeczami dorobiłam się, zupełnie nie wiem kiedy, wysokiego poziomu stresu, chociaż moje życie teoretycznie nie jest bardzo stresujące. Dorobiłam się braku kontroli nad swoim czasem i mam wrażenie, że poza pracą, nie jestem w stanie zrealizować od początku do końca żadnego większego przedsięwzięcia. Jak bardzo bym nie próbowała, zawsze wydarza się życie, zmiana priorytetów, chore koty, praca po godzinach, przeziębienie i inne wypadki losowe. A do tego mam wrażenie, że wszystkie pomysły, projekty i postanowienia z chcę w mojej głowie zamieniają się w muszę, a dalej jest tylko równia pochyła w dół.

W związku z czym zaczynam rok bez konkretnych postanowień, bo, niestety, aktualnie, mam taki chaos w głowie, że ciężko mi stwierdzić czego naprawdę chcę. A raczej co poukładać najpierw, żeby się dało poukładać co innego.

Na pewno chciałabym w końcu zrobić rękaw i kupić nowy rower. A poza tym mam nadzieję, że ten bajzel jakoś w końcu się poukłada, jak u Clarka Griswolda, czego i wam życzę w 2017 🎉

image